Polityka zastraszania

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz! – krzyczą polscy politycy z dumą, wzorem przodków z pod Grunwalda wypinając waleczną pierś. Nie będzie też Europejczyk z Brukseli. Zaklinają się, mrugając znacząco do wyborców, że przejdziem Wartę a będziem Polakami. Tyle, że nie zauważają, jak przechodzą tłumnie tą Wartę w odwrotnym kierunku. Na Niemcy. Nie żeby prastare ziemie słowiańskie wokół Hamburga odbierać, którymi ongiś potężne plemię Obodrytów połabskich władało. Raczej aby w Hamburgu i Berlinie talerze sprzątać lub na zasiłek niemiecki (lepszy wielokroć od polskiego) przejść. Ale polscy politycy na takie szczegóły migracyjne uwagi nie zwracają. Im chodzi o inną migrację. Nie znad Wisły do Europy Zachodniej, a z Damaszku, znad Eufratu i Tygrysu. O tych strasznych innowierców, którzy wzorem Dżingis Chana chcą nas w jasyr porwać. A my już to wiemy, znamy. Na Psim Polu doświadczyliśmy. I może on i Dżingis był ale żaden Chan, tylko zwykły Cham. A nam, wykształconym w mowie i piśmie (od dziecka matula na Żywotach Świętych i Katechizmie czytać uczyła) tego tłumaczyć nie trza. My wiemy. I niech nam też własne, na polskim chlebie wychowane lekkoduchy nie tłumaczą, że tak trzeba, że to nasza tradycja prastara, że sami uciekaliśmy (i uciekamy) falami uchodźców w inne kraje, które nas przyjęły. Lekkoduchy o błękitnej duszy może ale bez jaj! A tu trza chłopa, co z widłami będzie grobli polskiej bronić a nie poetę-cherlaka. Niech lepiej pójdą i posłuchają samego arcybiskupa Hosera, który natchniony widać od Pana Boga, z ogniem w oku, niczym prorok biblijny krzyczy, że Europa będzie muzułmańska już jutro. O nie, nie nasza Europa, nie ta nad Wisłą! A jeszcze przyjdą i ci znad Szprewy i Łaby i ci znad Sekwany nas prosić. I kto wie, może jak za Janka Sobieskiego pod Wiedniem i księdza Skorupki w 1920 pod Radzyminem raz jeszcze Europę uratujemy. Itd, itp. siała baba mak i w koło Macieju
No, można i tak, satyrycznym tekstem o tym rozmawiać. Ale chyba nie wypada. Nie wypada wobec niesamowitego i skomplikowanego problemu tragedii ludzkiej. I jej ogromu.

Szczęśliwy młody ojciec z synem - syryjscy emigranci po dotarciu do Niemiec


Setki tysięcy ludzi ucieka od bomb, napadów, gwałtów. Od plutonów egzekucyjnych. Nie wiadomo kto i w kogo już strzela w Syrii. I wojska rządowe z Damaszku, i radykalni szaleńcy od ISIS i cały szereg innych uzbrojonych grup raz z sobą skłóconych a raz w koalicji. I jeszcze nagle, niespodziewane ostrzały rakietowe z lotnictwa USA i zachodnich państw, które się do akcji USA przyłączyły ( w tym z Kanady). Konflikt trwający już kilka lat. I bez widoku realnego na jakiekolwiek rozwiązania polityczno-militarne. Konflikt, nie wolno o tym zapomnieć, którego geneza i natężenie nie jest jedynie wynikiem lokalnych waśni, aneksji czy chęci podboju. Jest też pośrednim i bezpośrednim wynikiem polityki Zachodu wobec Syrii i Iraku. Jest do pewnego stopnia pochodnym braku zdecydowania Zachodu (głównie za sprawą USA) wobec zmuszenia Izraela do sprawiedliwego pokoju z Palestyńczykami; jest bezwzględnie pochodnym podbicia Iraku i konsekwencji tego. Te sztucznie utworzone granice państw prawie całej Arabii utrzymywały się względnie spokojnie dzięki pewnemu balansowi siły i potęgi lokalnych mini-mocarstw: Iraku, Iranu i Syrii właśnie – przy aktywnej zgodzie na ten balans Egiptu i Saudii Arabii. Zniszczenie jednego z tych gwarantorów (najpierw Irak a obecnie Syria) wszystko to zachwiały, otworzyły bramy dla od dziesięcioleci (w zasadzie od czasów upadku Imperium Osmańskiego z Konstantynopola) istniejących ruchów skrajnie ortodoksyjnych, czego dzisiejszym efektem są właśnie ruchy al Kaidy a na skrajnym ‘Kalifacie’ ISIS kończąc. Olbrzymią cenę płaci za to od dawna Liban – dawniej kraj zamożny i stabilny. Czterdzieści lat temu rozsadzany od wewnątrz olbrzymia migracją Palestyńczyków skutkiem kolejnych podbojów izraelskich, dzisiaj ponownie olbrzymią masą napływających Syryjczyków. To są niekończące się pochody ludzi uciekających przed śmiercią i głodem. To nie grupy przedsiębiorczych lub zaradnych uciekinierów szukających po prostu lepszego życia. Nie stosunkowo małe grupy mniejszości narodowych lub religijnych unikających kolejnego pogromu – to tłumy zwykłych ludzi z miast i miasteczek i wiosek, które bezustannie są w strefie frontowej. Chrześcijan, żydów, a przede wszystkim muzułmanów. Bo prawie cała Syria i część Iraku są jednym wielkim frontem wojennym. Ludzi, którzy naturalnie chcieliby lepiej żyć i wiedzą doskonale, że życie jest łatwiejsze w Europie czy Ameryce. Ale którzy nigdy nie podjęliby się trudu i ryzyka skomplikowanej emigracji, gdyby nie byli zmuszeni do tego lufą karabinu i pociskiem lotniczym czy artyleryjskim. Oni po prostu ratują swoje życie i życie swoich dzieci. Nie, to nie wyprawa krzyżowa idąca ewangelizować ogniem i mieczem na islam, to nie armia janczarów maszerująca by pobrać w jasyr młodych Europejczyków. To nieprzebrane tłumy matek i ojców z dziećmi, z tobołkiem na plecach lub zwykła, plastykową reklamówką w ręku. Nie ma w tych torbach karabinów – jest trochę jedzenia, kilka szmatek, może nieco pamiątek rodzinnych: ich cały dobytek pokoleń. Resztę pochłonęła wojna. I ceny przewoźników i szmuglerów, którzy ich przeprawili przez morze, doprowadzili do niestrzeżonego przejścia granicznego. A po drodze gubili tysiące najbliższych w toniach morza Śródziemnego, Egejskiego: synów, matki, żony, ojców, braci, siostry, kochanków. Oto ta armia zagrażająca przyszłości etnicznej narodów europejskich. Czy nie ma wśród nich złodziejaszków, kryminalistów? Może nawet kilku terrorystów? Bardzo możliwe. Jak w każdym wielkim tłumie. Na każdej licznej manifestacji pro czy kontra czegokolwiek w Warszawie, Łodzi, Wilnie czy Hamburgu tacy są też. Polacy, Litwini, Niemcy. Czy należy „na wszelki wypadek’ wszystkich uczestników manifestacji aresztować lub po prostu wystrzelać? Ofierze jakiego napadu, rabunku czy gwałtu jest lepiej, gdy atakuje, gwałci lub okrada Polak czy Niemiec niż Syryjczyk? Ile trzeba uchodźców innego pochodzenia etnicznego i innej wiary by zagrozili kulturowej jedności i tożsamości blisko 40-milionowego narodu (Polska)? Pięć milionów, jeden milion, 50 tysięcy czy pięciu tysięcy Syryjczyków lub Irakczyków? I czy to iraccy żołnierze byli, jako oddziały okupacyjne, pod Bydgoszczą czy Białymstokiem, czy też polscy w Iraku, pod Karbalą? Czy Niemieccy osadnicy sprowadzani do polskich miast od czasów średniowiecznych zgermanizowali w tych 900 lat Polaków? Czy zrobili to Rusini lub Litwini i inne narody, z którymi tworzyliśmy jedno państwo w olbrzymiej większości naszego istnienia? Lub czy nam, silniejszym i liczniejszym udało się to zrobić wobec nich? Wynaradawiają się tylko narody, które tracą wolę pozostania przy swoich wartościach. Zresztą temat ten (wynarodowienia) jest tak nierealny w perspektywie małej grupy kilkutysięcznej, że bezsensem jest z nim dyskutować. To straszak tak absurdalny, że nie warty argumentacji. Czy łatwo oni by się u nas zasymilowani? Mam nadzieję, że nie (choć wątpię by po kilku latach większość z nich, mimo prawa pozostania, powoli by ‘wyciekła’ w kierunku północno-zachodnim…), że ich własna tradycja i przywiązania do kulturowej przeszłości pozwolą im ich własna odrębność zachować. Choć zapewne drugie, a z pewnością trzecie pokolenie (o ile niektórzy jednak pozostaną) różnic się będzie już tylko odcieniem skóry od polskich sąsiadów.

Najważniejszym pytaniem pozostaje więc pytanie moralne: czy warto i stać nas na wyciągnięcie pomocnej ręki tysiącom nieszczęśników, którzy ryzykując niebezpieczeństwa wędrówki w nieznane, podjęli tą wędrówkę by ratować życie swoje i swoich najbliższych?

Na to czy ‘warto’ chyba nikt, kto jest w miarę porządnym człowiekiem nie może szczerze wobec siebie odpowiedzieć przecząco. Tych, którzy nie są porządnymi ludźmi – przekonywać jest bezcelowo, bo dla nich dylematy i nakazy moralne nie istnieją.
Czy ‘stać’ nas na to? Mnie się wydaje, że tak. Polska nie jest tak zamożna jak Niemcy czy Francja (ale i też nikt nie spodziewa się, że Polska może podobnej ilości imigrantom pomóc, co te kraje), ale nie jest krajem ekonomicznej nędzy. Jest stosunkowo zamożna, choć z szerokim marginesem ludzi biednych. Tylko ten margines wynika ze zgody samych Polaków na powstanie tej przestrzeni biedy ekonomicznej i nie zmuszenie kolejnych rządów do godziwej polityki socjalnej. I ten zakres niesprawiedliwości socjalnej w Polsce powstał na długo przed jakimkolwiek ‘problemem syryjskim’. Oni go nam nie narzucili i oni go nam nie rozwiążą – przyjeżdżając czy nie przyjeżdżając. 50 tysięcy uchodźców mogłoby naruszyć budżet państwa w sposób zauważalny. Pięć lub dziesięć tysięcy nie jest w stanie. Nie zapominajmy też zasadniczej reguły ekonomicznej: ludzie biedni (i Polacy i Syryjczycy) wydają prawie wszystkie pieniądze (zarobione lub otrzymane – to bez znaczenia) lokalnie na bieżące potrzeby. A więc pomagają tym samym lokalnej ekonomii i gospodarce. W dużo większym stopniu niż ludzie zamożni, których kapitał w dzisiejszych czasach jest nadzwyczaj ruchomy i nie zna granic nie tylko miast i powiatów, ale i państwowych. Wydaje mi się więc, że (w autentycznym i rzetelnym rozrachunku) przyjęcie kilkutysięcznej grupy do Polski przyniosłoby nam w krótkim stosunkowo czasie (poza pierwszymi wysokimi kosztami administracyjno-logistycznymi) korzyść ekonomiczną.
Podnoszone przez niektóre media, działaczy politycznych i religijnych tematy ‘czystości genetycznej’, etnicznej czy zmiany religii – są poniżej pasa. Trudno o nich spokojnie, bez przekleństw lub ostrej ironii i szyderstwa rozmawiać. Od rozmów (awantur raczej) z rodzimymi faszystami lub choćby tylko szowinistami – wolę rozmowy z inteligentnymi Arabami, Murzynami czy Azjatami. Skutkiem polskiego przysłowia, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Bez względu na narodowość czy pochodzenie lub wyznanie głupiego.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , , , | Leave a comment

Laudato Si – rewolucyjna encyklika Franciszka I

“Laudato Si (Bądź Błogosławiony), o trosce za wspólny dom”. Tak zatytułował swoją pierwszą poważną encyklikę papież Franciszek. Jest to, do pewnego stopnia, zgodne z jego wcześniejszymi wypowiedziami, które sugerowały, że Kościół zbyt często i zbyt agresywnie mówi o sprawach aborcji, małżeństw, seksualności człowieka. Że winien zwrócić większą uwagę na swoje tradycje opieki nad poszkodowanymi, szukania mostów a nie przepaści między ludźmi. Nie oznaczało to odejścia od tradycyjnego nauczania Kościoła ale zerwanie z konserwatywnym (wyraźnie widocznym w pontyfikatach Jana Pawła II i Benedykta) i agresywnym stylem nauczania w tych tematach.
I oto pierwsza poważna encyklika zajmuje się tematem nie tylko katolików, nie tylko mężczyzn, nie tylko kobiet – zajmuje się Ziemią. Planetą, na której wszyscy, bez względu na indywidualne i zbiorowe różnice, mieszkamy. Jedynego domu, jaki mamy. Jest to zagadnienie moralne dotyczące całego świata. I problem, który być może jest najważniejszym problem stojącym przed ludzkością. Bardzo możliwe, że decydującym o losach człowieka, jako takiego. O losach przyszłych pokoleń. O zbiorowej odpowiedzialności za ten dom. I ten papież nie waha się na moment określić, kto ponosi najwyższą odpowiedzialność i kto zmiany musi zapoczątkować. To ‘możni tego świata’. Państwa i grupy najbogatsze. Czyli ci, którzy w sposób najwyższy przyczynili się do zniszczenia środowiska naturalnego, których rabunkowa kultura ekonomii opartej na czystym zysku, bez moralnych wartości i bez socjalnego celu służenia innym, doprowadza Ziemię do kolosalnych zmian, które mogą mieć prawdziwie katastroficzny skutek dla życia na naszej planecie. Być może życia w ogóle.
W pewnym stopniu jest to też nawiązanie do nauczania związanego ze słynną encyklika „Rerum Novarum” Leona XIII, gdzie istniał juz pewien minimalny zakres środowiskowy. Temat ten (ekologia środowiska) rozwinął w swej encyklice „Centesimus annus” Jan Paweł II, który w jednym z rozdziałów zajął się pytaniem ekologicznym i określił je jako wyzwanie odpowiedzialności za przyszłe generacje.
O ile jednak Leon i Jan Paweł zajmowali się głownie etyką pracy i praktyką biznesu i rynku ekonomicznego, o tyle Franciszek podjął temat środowiska naturalnego i etyki ekologicznej, jako niezależny i osobny, tworząc podwaliny współczesnego nauczania Kościoła w zakresie ekologii. Tym samym podkreślając, że środowisko naturalne rozumiane, jako cała planeta, jest jednym z zasadniczych wyzwań XXI wieku stojącymi przed ludzkością. Stąd też „Laudato Si” zwrócona jest do wszystkich ludzi, organizacji i rządów, nie zaś jedynie wyznawców Kościoła katolickiego, czy nawet szerzej, chrześcijańskiego.
Główne przesłania encykliki to:
• Struktury społeczne mogą rozwijać środowisko, które oparte jest na grzechu hamującym autentyczny rozwój człowieka;
• W odróżnieniu od tradycyjnego i zbyt liberalnie odczytywanego zapisu Starego Testamentu, które ma ‘oddawać’ Ziemię we władanie człowieka dla jego korzyści i przyjemności, Franciszek ostrzega: przy-zwyczailiśmy się widzieć siebie, jako panów i władców (Ziemi), którzy maja prawo wykorzystywać ją wedle własnego widzimisię;
• przemoc obecna w naszych sercach, obciążona grzechem, jest tez widoczna w symptomach choroby ziemi, wody, powietrza iu wszystkich form życia;.
Bez zbytniej przesady encyklikę Franciszka I określić można, jako rewolucyjną, fundamentalnie zmieniają-cą dyskurs ekologiczny. Franciszek oddziela ja od ogólnikowych dyskusji akademickich i od bycia tylko częścią dyskursu ekonomiczno-socjalnego i stawia, jako centralne, kardynalne wyzwania człowieka XXI wieku. Troska o Ziemie i jej naturalne środowisko zostaje podniesiona do rango jednego z głównych priorytetów nauczania Magisterium papieskiego.
A w związku z tym jest to dokument nie tylko etyki moralnej Kościoła, jest to dokument polityczny ze wszech miar.
Abstrahując od globalnego wymiaru tej encykliki wart zwrócić uwagę, że stawia on też wyraźne wyzwanie dla np. społeczeństw (i rządów) np. Polski i Canada. W dziedzinie surowców energetycznych bowiem pa-piez nawołuje do zaniechania wydobywania i handlu najbrudniejszych i najbardziej szkodliwych śrdowi-skowi materiałów energetycznych, do których w sposób szczególny zalicza węgiel i tzw. ciężki olej (oil sands).
Franciszek nie pozostawia też wątpliwości, że główna odpowiedzialność (a więc i koszty) ochrony środowiska i reperacji wyrządzonych Ziemi krzywd leży po stronie narodów i państw wysoko rozwiniętych i bogatych. Nie z prostej tylko przyczyny, że państwa zamożne mogą ponieść wyższe koszta finansowe tego ale przede wszystkim z prostego faktu, że to te państwa i społeczeństwa wyrządziły największą szkodę dla środowiska naturalnego naszej planety i odniosły z tego najwyższe korzyści.
Oryginalne stanowisku wobec tej encykliki zajał np. kandydat republikanów na prezydenta Stanów Zjednoczonych, Jeb Bush (tak, brat niesławnego Georga, prezydenta siedzącego po uszy w byznesie olejowym i odpowiedzialnego za śmierć tysięcy Irakczyków). Otóz powiedział (będąc katolikiem), że w sprawach ekonomicznych nie chodzi po porady do swoich biskupów, ironicznie sugerując, że cóż papiez może wiedzieć na temat ekologii. A ja podejrzewam, że dużo więcej niż trzech panów Bushów razem wziętych. I że katolicyzm pana Jeba Busha, jest tak płytki, jak moralnośc jego brata, Georga.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , | Leave a comment

Targowica

Tyle już to było lat temu. 13 grudnia 1981 roku. Polski rząd, a właściwie grupa Polaków pod przywództwem Wojciecha Jaruzelskiego (najbliżsi współpracownicy – Czesław Kiszczak i Stanisław Kania) dokonali swego rodzaju zamachu stanu i obalając porządek konstytucyjny ówczesnego quasi suwerennego państwa, jakim była PRL – na nocnym, tajnym i wręcz konspiracyjnym posiedzeniu Rady Państwa wprowadziła stan wojenny w kraju. Zakończył się po blisko 9 latach. Tysiące Polaków znalazło się w więzieniach, w obozach odosobnienia, straciło pracę. Dziesiątki tysięcy schroniło się lub zaczęło szukać wszelkimi sposobami schronienia i lepszego życia w innych krajach. Polska gospodarka i naród ponieśli olbrzymie koszta ekonomiczne i nadzwyczajne społeczne. To był zamach stanu nie na organach rządowych a na narodzie. Zawsze (prywatnie i publicznie) stałem na stanowisku, że te osoby winny być za to sądzone i ukarane w wolnej Polsce. Wbrew upartej opinii większości polskich przywódców demokratycznych (z Solidarności i innych ośrodków odnowy polityczno-demokratycznej w Polsce) – uważałem, że za pewne przestępstwa nie ma przedawnienia i nie ma wybaczenia. Nie kupowałem też nigdy tłumaczeń, że mogło by być dużo gorzej (w domyśle: inwazja sowiecka). Może kilka lat wcześniej – nie w 1981, kiedy na szczycie władzy kremlowskiej zasiadały już pół-trupy, a Sowiety waliły się w ekonomiczne gruzy. Komunizm sowiecki był już martwy. Pozostał rosyjski imperializm ale bez otoczki ideologicznego „bożyszcza” marksizmu-leninizmu, a stalinizm był martwy od wielu dziesięcioleci. Być może nigdy nie dowiemy się, co było autentyczna przyczyną stanu wojennego. Co rzeczywiście szczerze myśleli ci zdrajcy z KC PZPR. Czy sami nie potrafili już ocenić rosnącej bezsilności Moskwy; czy zbyt byli wyprani umysłowo, by nawet wyobrazić sobie niezależną Polskę i niezależne od władzy społeczeństwo; czy po prostu i po ludzku bali się narodu i ewentualnej zemsty na nich, przedstawicielach znienawidzonej władzy; czy tez autentycznie byli (zwłaszcza Jaruzelski i Kiszczak) najzwyklejszymi agentami Moskwy oddanymi jej bezgranicznie? Jest raczej nierealne by byli tzw. prawdziwymi komunistami, którzy w brednie haseł leninizmu wierzyli – takich we władzach PRL-nie było już od lat (jeśli byli kiedykolwiek).

Kiszczak i Honecker w Berlinie w 1988


Wszystkie te „czy” nie maja zresztą znaczenia. Znaczenie ma fakt, że sprzeniewierzyli się państwu, nawet w ramach porządku prawno-konstytucyjnego tego potworka państwowego, jakim była PRL. I za to, przynajmniej symbolicznie winni ponieść karę. Jaruzelskiemu się udało. Najpierw przez ochronę wszystkich kolejnych rządów współczesnej Polski (od Wałęsy poczynając, przez Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i aż po Komorowskiego). Ani sądy polskie, ani jej polityczni przywódcy nie potrafili i nie chcieli tej historycznej powinności wykonać. Jaruzelski zmarł, jako polski generał i polityk. Nie jako zdrajca, a tym był. Kiedy na scenie (z głównych bohaterów dramatu) pozostał tylko 89-letni Czesław Kiszczak (szef znienawidzonej bezpieki) – sąd polski ośmielił się sprawę rozpatrzyć i wydal wyrok skazujący. Kilka dni temu Sad Apelacyjny wyrok uprawomocnił i nie ma już od niego de facto odwołania. I rodzaj wyroku nie ma znaczenia. Jak karać 89-letniego starca, który w końcu nie był zbrodniarzem wojennym i jakimś Goeringiem, Himmlerem czy Berią? Dostał 2 lata w zawieszeniu. Istotne jest to, że niezależny polski sąd uznał, że ogłaszając i wprowadzając stan wojenny w Polsce Czesław Kiszczak wespół z pozostałymi członkami ‘związku przestępczego’ (określenie sądu) dopuścil się czynu nielegalnego i szkodliwego dla rozwoju państwa. Można by się sprzeczać, że wyrok za łagodny, że uzasadnienie wyroku winno być głębsze i ostrzejsze w wymowie. Ale nie ma to już istotnie większego znaczenia. Osądy historyczne zostawmy historii. Ja mam satysfakcje osobistą, że moskiewscy zarządcy Polski, którzy zmarnowali mi młodość i prawo do normalnego życia w normalnym kraju, którzy mieli bezpośredni wpływ na mój wyjazd z Polski i emigrację – symbolicznie ( a niektórzy za życia – co jest bardzo ważne – jak właśnie Czesław Kiszczak) zostali za to uznani przez polski wymiar sprawiedliwości za przestępców. Ne jest mi potrzebne, by jakiś starzec gnił w więzieniu czy zawisł na stryczku. Wystarczy, że oficjalnie określono go tym, kim był. Przestępcą wobec Polski i narodu. Szkoda, że wielu z nas, starszych ode mnie, tego dnia nie doczekało. Targowicę nazwano targowicą.

Posted in blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , | Leave a comment

Owning our common history

The Truth and Reconciliation Commission produced the final report on the most shameful part of our common, Canadian history. Our treatment of the first, original people of what we call now Canada. On six generations of cultural genocide committed by our governments, our Churches – in our name. Six generation of people being kidnapped from their parents, their homes. And placed in camps called “Schools” where they were beaten, maltreated, often to the point of death and forced to remember that they amount to nothing. This criminal treatment was done by criminal priests, teachers, nuns and administrators. It was done not only with the approval of our governments – it was handsomely paid by the government. We must, as nation, face it. Own it. Not only trough lofty statements (and often not followed by concrete actions) but through ourselves. Regardless if you are first generation Canadian or eight generation Canadian. This is the price of being a citizen. You take not only the good and the glorious but also the ugly, the criminal, the shameful. And shameful it was. Still is in many cases. I am profoundly sorry to all Canadian aboriginal people. Sorry as a Canadian, as a Canadian of European roots, as a Canadian with Christian roots, as a human being.
A lot of people, although not being apologetic to the crimes done by Residential Schools, do not want to feel any responsibility of it. Their moral self-defence is apprehensive toward that idea, assuming that by accepting the guilt – they somehow become the perpetrator, the partner in crime. That’s wrong. Helping to commit an offence is a crime, not doing anything to stop it or pretending that one does not see it is a crime at least in a moral sense. But not accepting responsibility for our own history is very wrong. It is callous, it is sign of fear or perhaps even sign of hidden racist attitude. Perhaps down deep you still cling to that disgusting adage: a good Indian is a dead Indian. In that case I pity you. Pity your stupidity. A lot of nations had to come to terms with not so glorious past, with hidden truths. With skeletons in the family closet. If you don’t – you are well on the way to repeat similar mistakes and crimes in the future.
The Americans never fully and with conviction rejected slavery and notion of Black people as being equal to them. Hey keep repeating their grandfathers mistake, they reap the seed of their hatred and small mindedness with every riot which shakes the country regularly in nowadays. Is Canada going to follow in their footsteps? Given the enormous legal rights that aboriginal people posses in Canada (they have sovereign Treaties with the Crown) it would be a fatal mistake. That it would be a moral failure of unforgivable magnitude – is beyond doubt.

Posted in society, this & that (English) | Tagged , , | Leave a comment

Nie taki diabeł straszny …

Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują, Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej Starówce, mogłoby to być lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia pięć lat temu. Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster. Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.
Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, Samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …
Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas. Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!
I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Sa nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej. Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm. Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).
Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.
Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u, Andrzeja Dudę. I jest to zmiana. Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich to zmiana pozytywna. Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej. Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik. Zwłaszcza nas, Polaków. Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygrał. Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich. I nikt na szubienicach nie zawisł. Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.
Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy. Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać się w ogonie postępowej Europy.

Posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, society | Tagged , , | Leave a comment

Droga do polskiej prezydentury ( na wesoło … lub na smutno)

Prezydentem Polaków może całkiem realnie zostać podwładny prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Olbrzymia wiekszość Polaków zamieszkałych na terenach wiejskich i małomiasteczkowych głosowała za tym panem. Nazwiska w tej chwili nie pamiętam i nie ma to większego znaczenia, bo mało kto przed wyborami je słyszał. W każdym razie zaufany pana Prezesa. W dużych miastach wyniki dla tego kandydata były dużo gorsze, ale głosy przaśnej polskiej wioski moga zdecydować i drugą turę, a więc fotel prezydencki wygra. Podobnie wyglądały statystyki wykształcenia wyborców – im było niższe tym więcej głosów dla potencjalnego prezydenta spod sztandaru PIS-u. Naturalnie “polska wieś” nie jest jakimś symbolem wszystkiego, co złe. Nie wolno zapominać skąd pochodził (i gdzie, rozczarowany “Warszawą’, powrócił) wielki Wincenty Witos. Tyle, że wieś gospodarzy Witosa a post-peerelowska wieś folwarczna to nie zupełnie to samo.
Osób mało znanych lub wręcz przypadkowych, które kandydowały na najwyższy Urząd Rzeczypospolitej było więcej. Niesmaczny żart wyborcom zrobiła lewica, która od wielu juz lat nie potrafi się zjednoczyć pod jakimś rozsądnym programem. Chyba czas by pan Leszek Miller przekazał władzę komuś lepiej reprezenyującemu współczesne środowiska lewicowe. Prezydent Komorowski ma ciągle duże szanse na wygraną ale poza kontynuacją starego – i już znużonego programu – nic nowego a godnego zauważenia nie potrafił zaoferować. Może dlatego, że sam swoją prezydenturę sprawował też z ‘błogosławieństwa’ premiera Tuska, szefa PO – jeśli to reguła, to znaczy, że ewentualny kandydat PIS-u będzie pionkiem w ręku Jarosława Kaczyńskiego. A to by było raczej karykaturalne.
Stąd komentarz chyba można zakończyć obejrzeniem tegoż teledysku z You Tube
Moja droga ale wiocha on YouTube

Posted in blog Bogumiła (polski), society | Tagged , | 2 Comments

Złe czasy dla konserwatywnej Ottawy

Omar Khadr, bodaj najbardziej głośna postać amerykańskiego więzienia tortur w Guantanamo Bay w końcu na wolności. Kanadyjski sędzia zachowując swoja niezależność i nie uginając się przed bezprecedensową presją rządu Stevena Harpera przyznał Khadrowi tzw. bail, z szerokimi ograniczeniami jego swobody ruchu i kontaktów. Pomimo tych solidnych ograniczeń, dzisiejszy dzień będzie pierwszym dniem wolności dla tego 29-letniego człowieka od czasy, gdy w wieku 15 lat został pojmany przez amerykańskich żołnierzy w Afganistanie. Wielokrotnie na ten temat pisałem na łasmach tego blogu przez wiele lat. Był i jest dla mnie przykładem kompletnego odrzucenia cywilizowanych norm prawnych, norm poczucia sprawiedliwości i resocjalizacji. Najpierw oszukany przez rodziców i skierowany w kierunku religijnej dogmy i fanatyzmu; następnie ofiara syndromu dziecka-żołnierza a na końcu obiekt niespotykanej niesprawiedliwości amerykańskiego, nielegalnego w świetle prawa międzynarodowego, systemu tortur, uwięzienia i wojskowego wymiaru sprawiedliwości. W tym wszystkim porzucony i niechciany przez własny kraj – Kanadę. Postawa rządu kanadyjskiego przez cały ten okres niewoli Omara Khadr była i jest do chwili obecnej godna najwyższego potępienia.
Omar Khadr nie był terrorystą – był najpierw ofiarą terroryzmu fanatyków religijnych, a później ofiara terroryzmu ideologicznego administracji prezydenta Busha juniora i premiera Harpera w Kanadzie.
Nikt mu nie zwróci ukradzionego dzieciństwa i młodości. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, olbrzymim wysiłkiem własnej woli i szansą na spotkanie wielu uczciwych ludzi udą mu się odbudować zrujnowane szczątki normalnego życia.
A premiera Harpera prawie mi żal. Najpierw wielka klęska w Albercie, jego własnej prowincji, gdzie konserwatyści dostali niesamowitego kosza od wyborców; w międzyczasie coraz smutniejsza farsa politycznej intrygi i knowań związana z senatorem Duffym, która w normalnym systemie prawa winna skończyć parlamentarnym votum nieufności wobec obecnego premiera; teraz klęska personalnej vendetty wobec Omara Khadra i ta nieznośna i niewygodna (w oczach rządu Kanady) niezawisłość sądowa. Złe czasy nastały dla Ottawy … A już niedługo (wybory) zapewne nastaną jeszcze gorsze. Co daj boże.

Posted in Omar Khadr, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , | Leave a comment

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI – uczciwy Polak, obywatel, człowiek

Warto być człowiekiem uczciwym. Zwykłe zdanie, zdaje się być wręcz banalne w swojej oczywistości. A jednocześnie zdanie, które można interpretować—zwłaszcza we współczesnym świecie, pozbawionym wielokroć treści zwykłej, altruistycznej uczciwości—jako coś za coś, na zasadzie: warto być, a więc się opłaca. I po prawdzie nic w takiej interpretacji złego nie ma. Tak, opłaca się być człowiekiem uczciwym. Warto być człowiekiem porządnym. W jakimkolwiek świecie. A autor tego zdania żył w kilku ‘światach’ przez swoje długie, dziewiędziesięciotrzyletnie życie. I w każdym z tych ‘światów’ był człowiekiem uczciwym. Godnym, jako Polak, jako patriota, jako człowiek. Nazywał się Władysław Bartoszewski. Zmarł dziś w Warszawie. Nie, nie był człowiekiem odległej, wczorajszej epoki. Był człowiekiem epoki, w której żył. Wczorajszej i dzisiejszej. Bo uczciwość, spolegliwość i obywatelskość to nie pojęcia mód czy stylów. To cechy charakteru.

Posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, society | Tagged , , , , | Leave a comment

Dla kogo czy dla czego?

Jakie są obowiązki państwa wobec obywatela? Zasadnicze pytanie nad którym większość rządzących nie lubi się zastanawiać, a tym bardziej mówić. Poza ogólnikami służącymi de facto budowaniu potęgi samego aparatu władzy. Powiększania obszaru tej władzy i jej ważności, potęgi. Na przykład: państwo ma obowiązek dbania o bezpieczeństwo obywateli. Więc państwo utrzymuje w tym celu aparat wojskowy i policyjny. Służy to obronie wobec zagrożeń zewnętrznych i wewnętrznych obywateli państwa. Ale i zabezpiecza bezpieczeństwo władzy przed ewentualnym gniewem obywateli. Przykładów (nielicznych) jakie władza lubi podawać na tak postawione pytanie można podać jeszcze kilka. Te jednak wystarczą i są najbardziej adekwatne do proponowanej tu tezy, która zakłada za punkt wyjścia fakt, że władza nie lubi z zasady swojej mówić o swoich wobec obywateli powinnościach. Najchętniej mówi o obowiązkach obywateli względem państwa. Odwołując się przy tym do górnolotnych haseł miłości ojczyzny, przywiązania, wspólnej przeszłości (tradycji) i tego wszystkiego, co winniśmy ‘z mlekiem matki ’ z jej ojczyźnianej piersi wyssać. Powiem szczerze, że zawsze z pewna podejrzliwością słuchałem tego typu fanfanorad. Zaraz rodziło się we mnie pytania: co, tym razem chcecie wolnemu obywatelowi odebrać i jakim celom ukrytym ma to służyć?
I, na ogół, te moje podejrzenia z czasem okazywały się słuszne. Stąd na każde „zagrożenie”, które „zmusza” władzę do ograniczania wolności obywatelskich, a zwłaszcza do inwigilacji tych wolnych obywateli przez aparat władzy – patrzę z niechęcią. Na przykład w Kanadzie ostatnia ustawa o bezpieczeństwie państwa i obywateli. W imię tego bezpieczeństwa nadaje się ekstraordynarne (w tym staroświeckim znaczeniu tego słowa: czyt. nadzwyczajne) uprawnienia dla służb policyjnych, a co gorsza również szpiegowskich. Zwłaszcza ta inwigilacja, możliwość uzyskiwania nakazów aresztowania, przetrzymania w areszcie, rewizji fizycznej i wirtualnej (telefony, komputery, itd.) są zdaniem moim wyjątkowo szkodliwym. Wyjątkowo, bo w Kanadzie służby szpiegowskie de facto nie podlegają niczyjej kontroli. Nawet parlamentarnej. Państwo w państwie. Z historycznych awersji jest to dla mnie kategorycznie nie do zaakceptowania. Tak, być może na początku tylko w celach antyterrorystycznych będzie to używane. Ile jednak czasu zabierze, zanim do celów walki politycznej to zostanie użyte? Ile czasu zanim obywatel, który władzę będzie krytykował i zwalczał nie zostanie tego typu inwigilacji poddany? I kto będzie decydował, jaka forma krytyki i zwalczania władzy jest legalna, a jaką być może określi się mianem terroryzmu politycznego? Przypomina mi to metody króla Ludwika we Francji i jego słynnego ministra bezpieczeństwa,  Josepha Fouché i  markiza Talleyranda. Władza, władza i władza. Od władzy, przez władzę i dla władzy. Atmosfera intrygi, wszechkonspiracji i podejrzliwości. Atmosfera, która wcześniej czy później zatruwa całe społeczeństwo i jego mechanizmy funkcjonowania. Stąd ta propozycja (która ze względu na większość konserwatystów w parlamencie jest raczej przesądzona) wzbudza we mnie wielkie opory i protest. Rozczarowaniem dużym jest postawa młodego lidera Liberałów, Justina Trudeau, który z czysto politycznego wyrachowania postanowił ją poprzeć. Obiecując , że wprowadzi do tego aktu zmiany po wygranych wyborach. Idiotyczne—jeśli ustawa jest żle napisana (a jest) ja albo zmienić (rząd na to nie wyrazi zgody) albo odrzucić. Zwłaszcza tak ważna, bo ograniczająca wolności osobiste obywateli. Justin— wygłosiłeś piękną eulogie nad trumną swego ojca. Nie zapominaj, że to on, Pierre Elliott Trudeau ustanowił Kartę Praw Obywatela w Kanadzie. Ta ustawa podważa kanony tej Karty. Ktoś mądry powiedział, że ważnych praw się nie stanowi w momentach wyjątkowego zagrożenia, pewnej histerii narodowej. A taki jest teraz moment w związku z głośnymi akcjami muzułmańskich ortodoksyjnych dżihadistów i ofiar ich propagandy w Kanadzie i na świecie.
W Polsce, wobec bardzo realnego zagrożenia sytuacją na Ukrainie, brak jakiejkolwiek jedności politycznej. Nikt ponad partyjne partykularyzmy nie chce się wznieść wobec wyzwania najtrudniejszego od czasów odzyskania suwerenności. Wstyd. Chciałoby się wspomnieć słowa Sienkiewicza (nota bene ojca sztucznego i nie obiektywnego widzenia Ukrainy—Rusi przez kilka pokoleń Polaków, aż prawie do czasów współczesnych): szargacie i wyrywacie sobie ten czerwony aksamit zwany Rzeczpospolitą z nadzieja uszczknięcia największego kawałka. A tu chodzi o całość panie i panowie polityki. Nie strzępy. Kłóćcie się o sprawy drobne, ekonomiczne może, ideologiczne— ale nie o imponderabilia suwerenności przyszłości Polski. Nie zapominajcie o słowach przedwojennego historyka, który pisząc o Piłsudskim (do 1918 socjalistą) powiedział, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku zwanym Niepodległość. Nie dlatego, że socjalizm tej niepodległości przeczył. Dlatego, że niepodległość była celem i ideałem dużo ważniejszym niż przekonania polityczne.
Tego kandydatom i kandydatkom na Fotel Prezydencki w Polsce życzę. A Sejmowi opamietania. Istnieje poważne zagrożenie całej wschodniej rubieży Rzeczypospolitej. Terytorialny bufor, jaki dzieli nas od Rosji (Litwa, Białoruś i Ukraina) jest w ogniu. Ten temat do wspólnych, ponadpartyjnych rozważań dużo ważniejszy niż przepychanki do teczek ministerialnych i foteli władzy.
A do tematu obowiązków państwa i władzy wobec obywateli jeszcze wrócimy. Bo to temat ważny. Bez prawdziwej wolności i równości obywateli posiadanie suwerennego państwa traci sens i de facto nie ma znaczenia lub wręcz jest porzeszkodą w budowaniu godnego życia tych obywateli.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , | Leave a comment

La cheval blanc

Rzecz miała miejsce w malowniczym Port Moody, w Inlet Theatre. W foyer teatralnym kilka rozstawionych stelaży z bardzo dobrze przygotowanym przeglądem twórczości artysty-rysownika-karykaturzysty. Wewnątrz, na scenie: dwa krzesła, mikrofon, gitara i starszy już balladzista.
Zanim się jednak te skromne rekwizyty i sam artysta pojawią, na ekranie wyświetlą, niczym zapis starej Kroniki Filmowej, czarno-białe ruchome obrazy znajomych twarzy. Wałęsa z czarnym wąsiskiem, zarośnięty Gwiazda, ogolony i w garniturku, o nijakiej twarzy Jagielski. Głowni aktorzy smutnej tragedii historycznej pod tytułem „PRL”, w pierwszej scenie ostatniego aktu: rozmowy Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej z Komisja Rządową PRL. Jest sierpień 1980. Ów rok …

Mój boże, to już prawie 35 lat temu … . Cała Polska w tych dniach zamarła w ciszy i oczekiwaniu. Niby wiedzieliśmy, że tym razem ‘im’ (władzy) się nie uda. Że już nie oddzielą Wybrzeża, ani Radomia ani Poznania ani młodzieży akademickiej i profesorów warszawskich od reszty społeczeństwa. Że stanęliśmy murem i i udowodniliśmy, że król jest nagi. Byliśmy zdecydowani, zjednoczeni. Mimo to, każdy w samotności swego serca nosił ten wielki lęk wyhodowany przez blisko 40 lat komuny: a co będzie, gdy się nie zgodzą? I ilu z nas…?

Ballada, piosenka literacka. Ginąca w rozdygotanych światłach komercjalnej sceny, sztuka. Przekazem zasadniczym jest tu słowo, muzyka to tło, płótno na którym artysta maluje specyficzna, skondensowana historię. Skondensowaną ale nade wszystko syntetyzującą ta historię, wyciskająca jej smak, esencję. Coś, co samym przekazem suchych faktów i opisów zrobić się nie da. Obie historie, ta wielką, ogólnonarodową i ta małą, jednostkową. Stąd te najbardziej znane ballady pojawiają się w momentach przełomowych.. I powstają na ogół natychmiast, prawie w trakcie stwarzania się tej historii. Są poniekąd jej częścią. By nie uciekać zbytnio w skomplikowane ścieżki historiozofii, można jednak powiedzieć, że ballada jest duchem historii. Powstają w trakcie stawania się tej historii, Kiedy teraźniejszość historia jeszcze nie jest, a już wiemy, że będzie. Ta tradycja w Europie wyrasta z postaci trubadura opiewającego dzieje swego rycerza-herosa; w Ameryce Północnej o setki, setki lat później to kowbojsko-rozbójnicza opowieść z gitara przy ognisku, i już nieco późniejsza, z naszych już czasów piosenka kontestacyjna, protest song doby Flower’s Revolution lat 60. ub. wieku.
I w tej właśnie kategorii umiejscowić najlepiej można Macieja Pietrzyka, zwanego też bardem Solidarności. Bardem, trubadurem swych czasów. Naszych czasów, polskich. Widownia przytulnego Teatru Inlet też w przeważającej większości posiwiała, podłysiała (no, panie się jakoś mnie zmieniły …). Więc te poetyckie skróty, literackie podteksty i całą atmosferę tamtych czasów, jaką na scenie piosenkarz wywołuje doskonale rozumiemy, znamy. W duszy śpiewamy razem z nim. To była tez naszą młodość. Nasze przeżycia. Między swoimi balladami, Pietrzyk opowiada o tych dniach i jego w tym udziale, o ‘świadkowaniu’ wielkim wydarzeniom, ciekawym ludziom. O śpiewaniu na imieninach (może to były urodziny, kto dziś pamięta ten szczegół?) u Agnieszko Osieckiej ballad Okudżawy,w obecności samego Bułłata, który tam był gościem. „Uczyłaś ojczyzno, że żyć trzeba umieć i słyszeć Twój głos …, towariszcz muższczina, a wot nie izgorszy wypada ci los..” No, nie najgorszy. Byliśmy świadkami i uczestnikami wielkich rzeczy. Ze sceny sypią się też anegdotki tamtych lat, tamtej epoki (jak to na jesień Osiecka sprawiła sobie nową Jesionkę …).
Panie Macieju, oczarował nas Pan tym tą przejażdżką w Historię. Historie pańska i nasza. Pojechalismy drobnym truchtem jej Białym Koniem. La Blanc cheval. Było ciepło. W styczniowy, mokry wieczór nad Pacyfikiem. A tam gdzieś Gdańsk i Sopot z Leśna Operą, teatry studenckie w Warszawie… . Nasza młodość. Niekoniecznie chyba zmarnowana.

Posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, scena | Tagged , , , , , , , , | Leave a comment